Nieznane powszechnie przyczynki z dziejów odległych 5a

Kiedy wybuchło opisywane przeze mnie powstanie czeskie, Polska jawiła się państwom europejskim, jako oaza pokoju, stabilności oraz potęgi militarnej. Przy Jagielle, wszak byli zwycięscy rycerze spod Grunwaldu i ich synowie. Czas ich końca to rok 1444 pod Warną, kiedy to synalek Jagiełły, Warneńczykiem zwany, przez swą głupotę spowodował ich zniknięcie ze świata doczesnego. Ale w opisywanem przeze mnie okresie żyli i mieli się znakomicie.
Nie dziwota, więc, że polski król, z mety, od obu stron, czyli papieskiej i husyckiej otrzymał propozycje, I jedni, i drudzy chcieli przeciągnąć Polskę na swoją stronę.
I tu dupowaty mędrek, jakim był Jagiełło zachowywać się zaczął, jak ta cnotliwa panienka, którą adoruje dwóch kawalerów, ona by chciała z nimi dwoma, tylko się boi.
Udziału w krucjatach odmówił, co jeszcze było rozsądne, bo na północy wisieli oszczędzeni przez niego Krzyżacy, a papież Marcin V i jego kumpel Zygmunt Luksemburski, słynęli z tego, że jak coś obiecywali, to tylko obiecywali.
Ale propozycje husytów stwarzały, bajecznie wręcz korzystną koniunkturę dla Polski.
Co Polsce “groziło” w zamian? Ano, odzyskanie części Śląska, zmiecenie z ziemi Zakonu Krzyżackiego i szeroki dostęp do Bałtyku, niewiele mniejszy, niż dziś. A może i większy? Tego się już nie dowiemy. W Polsce stworzyły się grupy nacisku w ten temacie, oraz tajne stowarzyszenia wspierające owe zacne zamiary, ale Jagiełło, jak to Jagiełło, panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek. Zdecydował się dopiero, w 1433. Za późno, Część wojsk husyckich wspartych kilkoma hufcami polskiego rycerstwa, przeszła jak burza przez Marchię Brandenburską zostawiając po sobie trupy i zgliszcza i dotarła, aż pod ziemią chełmską. Pikanterii dodaje to, że wojskami zaciężnemi Krzyżaków były piechoty złożone z czeskich katolików. Husyci rżnęli ich z wielkiem upodobaniem. Na Zakon padł blady strach, do jego likwidacji niewiele brakowało, ale ten pierdołowaty Jagiełło wysłuchał biadań nuncjusza papieskiego i wysłał rozkaz aby polskie rycerstwo się wycofało z tej wycieczki. Czesi machnęli na to ręką, część polskich rycerzy przyrżnęło głupa, że niby rozkaz nie dotarł, ale przyszła w tem czasie inna wiadomość, tem razem z samych Czech, że źle się dzieje. I dowódca husytów, co nazywał się Czapek i był bardzo dobrem taktykiem, odłożył likwidację Krzyżaków na później i ruszył jak najszybciej pod Pragę, bo powstanie zagrożone było wewnętrznem buntem. Zdążył na czas, co przedłużyło awanturę o lat 6, ale polskie projekta poszły się walić. I tak,na dostęp do Bałtyku, jaki jest teraz Polska otrzymała trzeba było czekać do 1945. Troszkę późno. Troszkę inaczej ze Śląskiem, ale, w sposób, podobieństwem nie odbiegającem daleko. Gdyby wtedy dokończono rzecz, nasza historia potoczyłaby się całkiem inaczej.

A teraz wątek z Zawiszą Czarnym z Garbowa herbu Sulima. O samym Zawiszy mam zamiar rzetelnie tu napisać, ale, przecież nie w tem temacie. Tu tylko o jego dwóch przygodach, w których, nieomal życia nie stracił. Za pierwszem razem, to było na samem początku tej całej husyckiej draki. Jechał, bodajże ze swem orszakiem do Rzymu w poselstwie i trafił na na tę pierwszą krucjatę, niemal w sam środek końcowej bitwy. Jako prawy katolik, stanął po stronie krucjatowców, którzy, właśnie rozpoczynali ucieczkę z pola bitwy, Rychło więc popadł w niewolę, prawdopodobnie lekko raniony. Rozsierdzeni taboryci, czyli piechota, nie mogła brać udziału w pogoni z wiejącemi krzyżowcami, a gmin, wiadomo, na okup za rycerza nie mógł liczyć, no to postawili oddziałek co do nogi wysiec. Na szczęście pędził tam jakiś oddział rycerzy Czerwonego Kielicha, zwany także Sierotkami. To po Żiżce tak ich nazywano. No i któryś z tych czeskich rycerzy dostrzegł znaki poselskie, więc wstrzymano taborytów. W ten sposób poznano, że to jest Zawisza, ich kumpel spod Grunwaldu.

Został godnie ugoszczony. A potem ze specjalnem glejtem spokojnie pojechał sobie dalej.
W kilka lat póżniej, gdy husycka pożoga ogarnęła Śląsk, Zawisza podążał tym razem na Węgry i w podobny sposób wpadł w jakąś zasadzkę, i w podobny sposób wyszedł z tego cało. Gdy przejeżdżał po raz trzeci tamtędy w rok później nie spotkała go żadna niemiła przygoda, ale za czas jakiś stracił głowę. To już inna bajka jest.

:yum:

A teraz druga przerwa na piwo. 

avatar
4096
  Subskrybuj  
Powiadom o